Dojrzałam do wyznania


 

Chwilę dojrzewałam do tematu tego posta, ale dla mnie ma on duże znaczenie :)

Długo w moim dorosłym życiu się bez przerwy nakręcałam strachem, przerażeniem i ciągle martwiłam o wszystko. I oceniałam i krytykowałam.

3 lata temu przeszłam pierwszy poważny atak paniki. Tylko, że nie wiedziałam, że to atak paniki wtedy… myślałam, że umieram. Powtarzały się potem przez kolejne pół roku, żeby apogeum osiągnąć w maju 2018, gdzie między 1 a 4 maja byłam na pogotowiu 3 razy.

Jak na ironię - po tym pierwszym ataku rzuciłam niemal wszystkie używki, jakie przechodziły przez moje ciało, a tymczasem w ciągu kolejnych miesięcy ataki się nasilały!

Kiedy to się działo nie mogłam spać przez kilka dni. Potem padałam z wykończenia i cykl bezsenności się powtarzał.

Bóle w klacie nie do zniesienia, drętwienie rąk i nóg, ciągły, lęk, uczucie zagrożenia, dziwne wrażenie śmierci wiszącej nad głową.

Wylądowałam w końcu na L4 na prawie 2 miesiące.

To wszystko było następstwem tego, że się wyniszczałam. Używkami, ch***mi nawykami, fatalnymi decyzjami, wykańczającymi ćwiczeniami, przesiadywaniem w pracy, ale przede wszystkim: złymi, krzywdzącymi myślami o sobie. Potwornym, krzywdzącym dialogiem wewnętrznym.

Wtedy się dopiero zastanowiłam nad sobą. Bo skoro wszystko gra, jestem teoretycznie zdrowa i nic mi nie jest, to co jest grane do ciężkiej cholery?! Psychiatra powiedział, że miałam depresję… ale ja się z tym nie zgadzałam, nie grało to ze mną. Miałam brać leki, więc potraktowałam to doraźnie, żeby radzić sobie, gdy przychodzi zmora. Ale to niczego nie rozwiązywało przecież, co najwyżej przycinało chwasta.

Szukałam gdzie mogłam i trafiłam na techniki mindfullness, medytacje, tantrę, jogę. To mi tak bardzo pomogło! Zmieniło podejście, pozwoliło się zdystansować, znacząco podniosło jakość mojego życia. Znalazłam tu narzędzia na to, jak sobie radzić, gdy przychodzi znajoma duszność, wykręcają się kończyny i robi się ciemno przed oczami. Da się to opanować! Okazało się, że da się i że to… można potem zmienić na potężny ładunek energii na kolejne dni! WOW!!!

Zrozumiałam też, że moje ciało się oczyszczało tymi napadami. Wyrzucało z siebie kaskady tłumionych całymi latami emocji i ono wtedy zasługiwało na szczególne ukochanie, pielęgnowanie i uwagę. I ja to wreszcie uczyłam się sobie samej dawać.

Ale, wiedziona ciekawością i krytycznym nastawieniem – chciałam wiedzieć więcej. Co się pod tym kryje? Skąd się to wzięło? Jak ja to w sobie włączyłam? Bo wiedziałam, że to ja jestem za to odpowiedzialna i to ja muszę się z tym mierzyć.

Tak – to ja byłam za to odpowiedzialna, nikt inny. Jeśli mierzysz się z czymś podobnym, to wiedz, że Ty jesteś za to odpowiedzialny/-a.

Wyszłam z tego i uleczyłam się, bo trafiłam w końcu na RTT. Nie wiem, czy to przypadek, czy nie, ale znalazłam to w spamie, jako masterclass do kursu Marisy Peer na łamach platformy Midvalley (dla zaciekawionych: program nazywa się „Ultimate Confidence”).

Poznałam źródło. I to było nic innego, jak moje bardzo wcześnie uformowane przekonania o tym, jak bardzo się nienawidzę w głębi, jak bardzo się źle oceniam, że nie zasługuję na nic, że jestem bezwartościową kupą śmierdzącego gówna. Że nie zasługuję za żadną uwagę, umrę samotnie i w bólu, bo jestem taka do dupy i do bani.

Uformowałam te przekonania o sobie w bardzo wczesnym dzieciństwie, kiedy pierwszy raz poczułam się odrzucona i osamotniona. Podczas tej krótkiej sesji znalazłam się na krawędzi: stało się jasne w hipnozie, kiedy i jak sprecyzowałam o sobie i o świecie poglądy, które doprowadziły, że wszędzie dopatrywałam się zagrożenia i ciągle je w efekcie czułam. Ale też z drugiej strony… teraz, rozumiejąc, miałam moc, żeby to odpuścić. Zostawić. Transformować na coś użytecznego.

Zmieniłam swoje podejście kompletnie.

Odnalazłam w tym narzędziu niesamowity potencjał, zaczarował mnie i pociągał tak mocno, że dziś sama to robię, ale przede wszystkim: czuję spokój i harmonię. Radość, miłość, zdrowie, witalność… To wszystko miałam od zawsze w sobie, ale podświadomie tyle lat czułam się zastraszonym zwierzątkiem, które ciągle pytało „czemu ja, co jest ze mną nie tak?”. Ludu złoty… to wydaje się dziś kosmicznie odległe, tak bardzo już stare i neutralne.

Dziś pomagam takim, jak ja wtedy – bo czuję, z czym trzeba się mierzyć i wiem, jak można pomóc. A widzieć, jak osoba z drugiej strony, nierzadko już po jednej sesji rozkwita, rozumie już, zrzuca nieświadomy ciężar noszony latami i wybiera wolność od tych traum – nie macie pojęcia, jak wspaniale dla mnie jest widzieć, jak taka osoba zmienia się i sama uwalnia, ale przede wszystkim, jak mogę widzieć w tej osobie dawną mnie i przeżywać moje doświadczenie niemalże na nowo. Tak, jak wtedy, kiedy mi samej udzielono takiej pomocy.

Bardzo mi przykro, jeśli przechodzicie przez podobne rzeczy. Ale wiedzcie też, że jest nadzieja. Ja dałam radę, a nie jestem nikim innym od reszty ludzi, więc Wy też dacie radę. Można. Ściskam Was mocno :)

 

 

 

 

Trochę o mnie

22 września 2020
logotyp therapytka