Warto słuchać siebie


 

Pracując metodą opartą na tym, że zagląda się do rzeczy, które nas kształtują, podczas gdy te wspomnienia są często bardzo traumatyczne, rozumiem całkowicie obawy ludzi, którzy się wahają przed taką podróżą. Obawa przed tym, że zobaczy się coś 'strasznego' jest całkowicie naturalna. Problem w tym, że jak się myśli o czymś strasznym, to właśnie przychodzą do głowy najgorsze możliwe obrazy. Ludzie często się boją, że np. byli molestowani, lub, że w jakiś sposób ich fizyczność została mono wykorzystana.

Jest 04.11.2020 i na ten moment przeprowadziłam 157 sesji. Każda historia, jaka się pojawiała była bardzo ważna. Kiedyś pisałam o kobiecie, która zakochała się i bardzo chciała, żeby ten związek się udał, bo wybrała tego mężczyznę na swojego partnera. Całe życie zmagała się z tym, że co związek, to katastrofa. Uciekała z nich po prostu. Niemniej teraz, kierując się naprawdę wielką wizją nareszcie na świadomy związek, postanowiła się ze sobą zmierzyć. I robi kawał dobrej roboty. Podczas sesji cofnęła się do wydarzenia, gdy była niemowlęciem i jej ojciec ją wykorzystywał seksualnie. Ta historia jest bardzo ważna i mówię o niej, bo pokazuje też determinację tej kobiety w walce o siebie. I ona dziś jest naprawdę szczęśliwa. Czasem załamana, czasem nadal zamknięta, czasem sfrustrowana, ale dopuściła do siebie mężczyznę, zaprosiła do bliskiej relacji i ta relacja od 3 lat się pięknie rozwija. Nigdy by nie powiedziała, że nie było warto. Nawet w trudnym momencie.

Ale nie chciałabym, żeby ta historia była jedyną historią.

A często tak właśnie na to się patrzy. „O matko, to będzie coś potwornego, coś okropnego, za bardzo się boję, wolę tam nie zaglądać, wolę zostawić to tak, jak jest, to mnie załamie kompletnie" - często to słyszę.

Ale przecież to nieprawda. To tylko jeden aspekt całości, ale nie jedyny. I czego się bać, jeśli już się to przeżyło?

Najczęściej te rzeczy z dzieciństwa, które nas kształtują, to są rzeczy mega potworne, dramatyczne niezmiernie, pełne rozpaczy, ale... z punktu widzenia dziecka. Przytoczę moje własne sceny:

Sesja była na to, żebym poczuła się wartościowa.

Scena 1: 3 lata, rodzice zostawiają mnie z młodszą siostrą (roczek), wychodzą na balety. Niby śpimy, ale ja czuję, że oni zaraz gdzieś pójdą, więc nie zasypiam. Jak wychodzą, to się załamuję. Więc biorę siostrę i idziemy do babci (znaczy schodzimy piętro niżej, bo dziadkowie mieszkają pod nami) i tam opowiadam, że rodzice nas zostawili i nie kochają nas.

Czuję się opuszczona, odpowiedzialna za siostrę, formuję w sobie przekonanie, że skoro rodzice mnie zostawiają, to wszyscy mnie będą zostawiać. Że jestem odpowiedzialna za każdego, tak, jak za siostrę wtedy. Skoro jestem odrzucona, to pewnie na to właśnie zasługuję. Nie jestem warta miłości, bo gdybym była - nie zostawiliby mnie z młodszą siostrą.

Scena 2: 5 lat, tata uczy mnie czytać, a ja nie ogarniam liter. Tata się wkurza i mówi, że nic ze mnie nie będzie. Jak się czuję? Zdruzgotana, zniszczona, zamordowana. Ojciec mnie nie chce, mama nie widzi mnie i tego, co się dzieje. Czuję kompletną beznadzieję, bezbronność, całkowite odrzucenie, samotność, frustrację, rozdzierający smutek i gniew. W co zaczęłam wierzyć? Mój świat się niszczy, do niczego się nie nadaję. Świat jest niebezpieczny. Skoro nie mogę czuć się bezpiecznie przy najbliższych mi ludziach, to nigdzie nie mogę. Nie umiem nic, nigdy nie będę nic umiała, więc zasługuję na karę, na najgorsze traktowanie, mogę się tylko starać i nigdy nic nie dostać, staranie jest jedynym, co umiem, nic nie osiągnę. Muszę być idealna, żeby coś osiągnąć, muszę być najlepsza, bo tylko tak będę doceniona, muszę uważać na mężczyzn, bo oni chcą tylko perfekcji, nie ma w nikim oparcia, jestem zawsze samotna, bo nie zasługuję na miłość, uwagę - to nie są rzeczy dla mnie, bo nie jestem idealna.

Jak te przekonania się powiązały z moim dorosłym życiem?

Wpadłam w ciężkie używki. I litry alkoholu, żeby spać potem. Papierosy, żeby odwodzić myśl na szybko. Sabotowanie związków, praca po 9-13 godzin dziennie (w soboty też), w niekorzystnych warunkach, na co się godziłam. Nie założyłam rodziny. Cechowała mnie najpierw prosta autoagresja i myśli samobójcze, a potem już bardziej wyrafinowane i „akceptowane przez społeczeństwo” wyniszczanie się: wykańczający ciało sport, pracoholizm, dzikie, ostro zakrapiane imprezy w weekendy. Robiłam to, żeby nie myśleć o tym, jak bardzo źle się czuję ze sobą. Żeby nie słuchać tego, jak moje uczucia wobec mnie samej urosły do takiego stopnia, że myślałam o sobie jak o bezwartościowej kupie parującego gówna, która nie zasługuje na życie i zabiera ludziom przestrzeń.

A rozbiorę to wszystko ze scen w czasie terapii teraz i zdejmę mój „ówczesny punkt widzenia”, oraz to, jak ja to zakodowałam. W pierwszej scenie miałam 3 lata, rodzice szli na randkę, dziadkowie mieli zajrzeć w razie co. No ale się obudziłam, wzięłam siostrę i poszłyśmy do dziadków spać.

W drugiej scenie mam 5 lat, tato uczy mnie czytać, bo chciałby, żebym już umiała, jak pójdę do przedszkola, ale sam jest już zbyt zniecierpliwiony i zmęczony po paru chwilach tłumaczenia i nie radzi sobie z tym, z czym się mierzy ucząc pięciolatkę. Więc w swojej bezsilności mówi, że nic ze mnie nie będzie, wkurza się i poddaje.

Podam inne przykłady:

Alicja 39, nie wierzyła w siebie, nie potrafiła iść po podwyżkę, choć wie, że zasługuje, poznała też kogoś i to może być super związek, ale się zawsze czuła się gorsza. Cofnęła się do sceny, gdzie miała 6 lat i zsiusiała się w majtki, bo nie zdążyła powiedzieć mamie, że musi, a ta akurat rozmawiała chwilę ze spotkaną koleżanką na ulicy.

Brian 42, uzależniony od hazardu i narkotyków, zdradzany w każdym związku, ciągle wpadający w takie, gdzie był bity. Cofnął się do sceny, gdzie ma 5 lat, jest z mamą na basenie i mama bierze go do damskiej szatni i tam on widzi po raz pierwszy w życiu nagie kobiety o przeróżnych ciałach i wchodzi pod ławkę i powtarza, że się boi.

Amanda 65, czuje, że ma „nierozwiązane sprawy”, coś ją trzyma, coś ją sabotuje, czuje się nieszczęśliwa. Cofa się do sceny, gdy ma 4 lata, mama próbuje ją przywołać do domu, ale ona chce tylko siedzieć na chodniku i nie chce się ruszać, mama w końcu podchodzi i podnosi dziecko, a dziecko zaczyna zawodzić, krzyczeć i wydzierać się na całą ulicę, dostaje klapsa i jest wzięta do domu.

Patrząc na nie, czy ocenisz je jako tragiczne, terminalne dramaty, które piętnują na całe życie? Czy to rzeczywiście są najcięższe możliwe przeżycia, tak potworne, że aż trudno się nadziwić, że ktoś wyszedł z tego z życiem?

TAK.

Dla dzieci – tak. Małe dzieci nie mają poczucia czasu, nie rozumieją go. Więc jak mama zostawia na chwilę, to to jest na pewno na zawsze. Małe dzieci są czystą emocją, więc jak coś czują, to to jest zawsze "na zawsze". Jak coś przeżywają, to to jest najsilniejsze na świecie i jedyne.

Zwróć uwagę na to, jak czujesz bezgraniczne szczęście, albo wszechogarniającą rozpacz. Poczucie czasu jest wtedy zagięte. Nadal się czuje, że to jest jak gdyby jedyne, co jest. Bo nadal siedzimy w tym, kim byliśmy będąc małymi dziećmi.

Pięknie jest wrócić do tego czystego przeżywania, całkowicie wyswobodzonego z oceny. Jeszcze piękniej jest je rozumieć i pozwalać sobie na nie - w pełni czując zrozumienie dla siebie, jako pięknej istoty, która przeżyła już wszystko, co musiała dla swojego rozwoju i teraz może już go dalej świadomie prowadzić. Umiejętnie i odpowiedzialnie korzystać z wolności, jaką ma. Pozwól, że to akurat powtórzę: umiejętnie i odpowiedzialnie korzystać z wolności, jaką ma.

Bo jesteśmy wolni, zawsze. Ale nie znając siebie, nie rozumiejąc się, pozwalamy naszym dawno uformowanym przekonaniom się prowadzić, nie jesteśmy za siebie odpowiedzialni. Łatwiej jest pomyśleć sobie: "bo to przez to, jak się poczułam tyle lat temu przez tego i tamtego człowieka i teraz z tym żyję". A prawda jest taka, że stało się coś, przez co poczuliśmy się źle, ale to nie jest koniec świata. Zawsze, dopóki oddychamy, dopóki serce bije, możemy być szczęśliwi. Inni, zmienieni przez te wydarzenia, ale szczęśliwi. Umieć reagować z neutralnej postawy, pozwalać sobie być całkowicie szczęśliwymi nawet, jeśli dzielimy to szczęście z własnym smutkiem, czasem gniewem, czy frustracją. Emocje są potrzebne, bo coś mówią i warto ich słuchać. Ale dawać się im zajeżdżać? No po co? Dorośnijmy.

Przez to wszystko chciałabym tak naprawdę powiedzieć, że to nie ma znaczenia, co się stało, ale jak Ty o tym myślisz i jak Ty się z tym czujesz. A to można uleczyć. I, moim zdaniem, warto. Dla siebie. Bo w Twoim życiu to Ty jesteś najważniejszym człowiekiem i czas, żeby to zobaczyć. To, kim jesteś. A jesteś niesamowitym stworzeniem.

Już raz przeżywszy rzeczy, nie da się ich tak samo przeżyć na nowo. Ale można je poznać. To tak, jak przeczytać książkę i po 10 latach do niej wrócić i niemalże odkryć ją na nowo. A treść jest przecież taka sama. Tylko teraz miłość do tej treści jest jeszcze większa.

 

 

 

Emocje są potrzebne

07 marca 2021
logotyp therapytka